Ogórek, kapusta i gęś.

TOMASZ ŁOMNICKI
Góral, krawiec, rekonstruktor.

Święta za nami, ale rozleniwienie będzie trwało zapewne do Sylwestra, a może dla niektórych także i parę dni dłużej. Stąd też dzisiejszy wpis będzie lekki niczym kocie sumienie (po kradzieży smakołyków), a zarazem intrygujący niczym farsz ze świątecznych pierogów… Pełno w nim zaś ogórków, kapusty i gęsi!

Spokojnie jednak, bo nie otrzymacie tutaj przepisu na jakąś mityczną sałatkę sporządzoną z tych dwóch warzyw (chociaż w zimie warto strzelić dawkę witamin np. za pomocą kiszonej kapusty) oraz z dodatkiem gęsiny. Zajmiemy się bowiem tematami typowo krawieckimi, nazewnictwem, na które w pewnym momencie trafi każdy kto poszukuje informacji odnośnie kraiwectwa (szczególnie w anglojęzycznej części internetu).

No dobrze, brzmi seksownie, ale o co dokładnie chodzi?” – jak to powiedział Stanisław August na wieść o rozbiorach (ale tym razem Polski, a nie Katarzyny). Otóż ogórkami (ang. cucumbers) nazywano w Anglii w XIX wieku (a nawet i wcześniej, bo w XVIII) właśnie krawców! Ale jaki był ku temu powód? Ponoć nic innego jak sezon ogórkowy (ang. cucumber time, chociaż obecnie stosuje się nazwę silly season). Termin ten występuje w wielu językach oprócz naszej ukochanej polszczyzny i równie umiłowanego angielskiego. Niemcy mają zatem Sauregurkenzeit, Duńczycy agurketid, bracia Czesi i Słowacy kolejno okurková sezóna i uhorková sezóna, natomiast Węgrzy wiele znaczące: uborkaszezon. Niezależnie od brzmienia chodzi o czas kiedy duża część arystokracji i bogatszego mieszczaństwa opuszczała miasta, wyjeżdżała na wieś (tzw. słoiki wsteczne), co powodowało odczuwalny zastój w zamówieniach. A właśnie na tych grupach społecznych bazowali krawcy, którzy chcieli zyskać jakiś większy przychód, a nie raz i dochód.

Anglicy zwykli wtedy mawiać:

Tailors are Vegetarians, because they live on “cucumber” when without work, and on “cabbage” when in full employ.

Czyli po naskiemu polskiemu:

Krawcy są wegetarianami ponieważ żyją o “ogórkach” gdy brak im zamówień oraz o “kapuście” kiedy mają ich pod dostatkiem.

Oczywiście od razu informuję szanownych, że tłumaczenie powyższe, którego sam dokonałem w pocie czoła, jest bardziej piękne niż wierne, więc niech Wam nie służy za pomoc w nauce języka w weekend. To tak dla pewności, że się rozumiemy.

No dobra, już wiemy skąd te ogórasy, ale o co chodzi z tą kapustą? Zali to żona krawca takie miano nosi? A może czeladnik? Ha, jeszcze ciekawiej, bo pod pojęciem kapusty (cabbage, czasem także znane jako… garbage i tutaj już mówimy o śmieciach) już od XVI wieku kryły się… ścinki! Tak, ścinki z materiałów, które dostarczali klienci do krawców, a które bardzo często Ci ostatni sobie przywłaszczali. A dlaczego tak się działo?

W interesujących nas czasach tkaniny były dostarczane do krawca przez klienta (ja promuję ten model nadal) i jak wiadomo kosztowały one swoje, szczególnie jak ktoś chciał błysnąć w towarzystwie. Nie dziwi zatem, że bardzo często krawiec po otrzymaniu tkaniny starał się tak rozrysować i ciąć formę ubrania aby jak najwięcej ścinek (i to w dobrej jakości i kształcie) pozostawało w jego ręku. Proceder ten znany był jak świat długi i szeroki, także i u nas, stąd też powszechnie nam znane przysłowie: “Tak krawiec kraje, jak mu materiału staje”.

Na wielu rycinach widać jak pod stołem krawieckim znajduje się właśnie skrzynia na “kapustę”, do której lecą wszelkiej maści ścinki. Jednym z fajniejszych przedstawień tego typu jest drzeworyt szwajcarskiego rytownika i malarza Josta Ammana (nie, nie wiem ile ma wspólnego z Simonem Ammanem). Widać na niej mistrza krawieckiego (krojczego), który wycina ubranie, a pod stołem ma skrzynię na ścinki. Łobuz jeden.

Prawda jednak jest taka, że każdy kto szyje ma tendencje do zatrzymywania resztek tkaniny ile się da, bo a nuż się przyda. Kto nie zostawił ich sobie niechaj pierwszy rzuci kamieniem w przeciwnika!

W Polsce oprócz przytoczonego przysłowia udało mi się także znaleźć rodzime określenie, którym miano opisywać pozostawione ścinki. Irena Turnau w swoim “Słowniku ubiorów” notuje, że w XVII-XVIII wieku nosiły one nazwę: “szmu”. Ciekawe, prawda?

Skąd takie określenie? W polszczyźnie mamy “szmatę”, którą to później zapożyczył jidisz i przerobił na “shmate”. I, co ciekawe, w języku angielskim poprzez jidisz właśnie występuje określenie: “schmutter” (chociaz powszechniej w formie schmatte) właśnie na stare tkanin, ścinki, etc. Jako, że dużo slangowych słów w XVIII wieku w miastach ma pochodzenie właśnie z jidisz, to może i tak jest w tym przypadku? Nie mnie oceniać.

Na koniec ciekawostka jeszcze jedna, bo wszak nie tylko warzywami człowiek miał się raczyć w tym wpisie. Zdarzało się także, że oprócz bycia ogórkiem krawiec był nazywany “gęsią”, a to dlatego, że żelazka, którymi się powszechnie posługiwano nosiły nazwę goosing iron przez wzgląd na wygięta rączkę (podobną do gęsiej szyi). Ot, rzuciłem mięsem na koniec wpisu!

I wiedząc to wszystko może nas dużo bardziej bawić XIX karykatura krawca:

To na tyle. Mam nadzieję, że lekkość wpisu równa była lekkości bytu (czasem nieznośnej) i wpisała się w świąteczno-sylwestrowy klimat.

Miłego i do przeczytania w kolejnym wpisie,

Tomasz Łomnicki